Udało się. 22 października obroniłem swoją pracę magisterską. Cieszę się, że się udało. Nie wyobrażam sobie nadal nad tym siedzieć. Od momentu obrony mam poczucie, że nic już nie muszę, choć wypadałoby zacząć szukać pracy. Póki co odpoczywam i porządkuję.
Na początku zeszłego miesiąca nadal miałem tylko jeden rozdział, który i tak wymagał poprawek. Mniej więcej w tydzień udało mi się napisać pozostałe trzy. Siedziałem od rana do wieczora przy komputerze. Miałem wiele chwil zwątpienia pamiętając, że 15 października jest ostateczny termin na złożenie pracy w dziekanacie. Było naprawdę mało czasu, a ja sam podczas pisania nie wiedziałem, czy idę w dobrym kierunku. Wysłałem promotorce plik ze wszystkimi rozdziałami 7 października, po nieprzespanej nocy. Czułem się beznadziejnie, ponieważ praca była pisana na szybko i spodziewałem się, że znaczna większość treści będzie wymagała poprawek, a w najgorszym wypadku połowa pójdzie do wyrzucenia. Czekałem w niepewności na wiadomość zwrotną. Dostałem ją po paru dniach z komentarzami do treści i zaproszeniem na konsultacje, na których miałem omówić poprawki. Okazało się, że zastrzeżenia do mojej pracy nie są tak poważne, jak sobie wyobrażałem, jednak musiałem poświęcić pracy jeszcze trochę czasu. Miałem na to cały weekend, ale tak naprawdę wziąłem się za poprawki w sobotę wieczorem. Siedziałem przy komputerze cały następny dzień, a i tak nie udało mi się poprawić wszystkiego, co chciałem, przez co nie czułem się pewnie wysyłając plik w niedzielny wieczór. Promotorka odpisała mi bardzo szybko, nieco ponad dwie godziny później, z kolejnymi wytycznymi. Postanowiłem, że drugi raz poświęcę noc na poprawki, które miały obejmować zmianę akapitów z drugiego rozdziału, które były przepisane z książki. Był już poniedziałek, 14 października, czyli dzień, kiedy musiałem przyjechać ponownie na konsultacje w celu otrzymania zaliczenia i zatwierdzenia pracy przez promotora. O ósmej rano wysłałem ostateczny plik, a ponad pół godziny później miałem pociąg, którym pojechałem na uczelnię. Byłem niewyspany, zmęczony i zdołowany. Nie wiedziałem czy praca zostanie zaakceptowana i nie miałem pojęcia, jaki wynik przyniesie badanie pliku w nowym systemie antyplagiatowym, którym wszyscy straszyli. Bardzo się go obawiałem. Wyobrażałem sobie, że moja promotorka robi mi awanturę i oznajmia mi, że moja praca nadaje się do kosza. Mimo tej niepewności, zjawiłem się na wydziale. Czekałem na promotorkę razem z dziewczynami, które też chciały przystąpić do egzaminu dyplomowego. Jakiś czas później zjawiła się. Wyszła z windy, podeszła do nas i powiedziała, że u mnie badanie przebiegło pomyślnie! Inaczej było w przypadku koleżanek, ale również ich prace zostały zatwierdzone w późniejszym etapie. Byłem bardzo szczęśliwy, że koszmar pisania pracy się skończył i na głowie została tylko obrona. Teczkę z pracą i innymi dokumentami złożyłem następnego dnia.
Egzamin dyplomowy został wyznaczony na kolejny tydzień. Musiałem nauczyć się pytań ogólnych i specjalnościowych, na które odpowiadało się na obronie. W międzyczasie złapała mnie jakaś choroba, a niedługo później pojawił się jęczmień na oku, co nie pomagało w nauce. Zresztą, to nieważne, bez względu na okoliczności, i tak zacząłbym się przygotowywać na ostatnią chwilę. Tak też było. Zacząłem uczyć się dwa dni przed obroną, a dzień przed zdałem sobie sprawę, że tego jest za dużo i niektóre pytania są kompletnie nie na moją głowę. Powstała grupka na Messengerze, gdzie zaczęła się dyskusja o tym, jakie wybieramy sobie pytania na obronę. Byłem zdziwiony, bo przecież te pytania losuje się podczas egzaminu. Mimo wszystko te wiadomości mnie uspokoiły. Miałem ogromną nadzieję, że wylosuję odpowiednie pytania i obrona przebiegnie pomyślnie.
Na egzamin pojechałem znacznie wcześniej, w niebieskim garniaku z Zary, z okularami przeciwsłonecznymi zasłaniającymi opuchnięte i czerwone oko. Bałem się, że pociąg może nie dojechać na czas lub w ogóle zostanie odwołany. Mimo wszystko nic takiego nie miało miejsca. Dotarłem na wydział, usiadłem sobie na drugiej klatce schodowej na czwartym piętrze. Próbowałem powtórzyć odpowiedzi na pytania, które najbardziej mi odpowiadały. Po jakimś czasie znudziłem się, jak to ja, więc poszedłem pod pokój, gdzie o godzinie jedenastej miała odbyć się obrona. Oprócz mnie, do obrony przystąpiły cztery dziewczyny, więc sądziłem, że to zajmie niewiele czasu. Trochę się denerwowałem, ale wiedziałem, że musi być dobrze. Po prostu chciałem mieć to z głowy, przy minimalnym stresie.
Promotorka zjawiła się w rewelacyjnym humorze. Nieco inaczej było z drugą panią profesor, z którą miałem seminarium i która również była w komisji egzaminacyjnej. Swoją drogą fakt, że komisja składała się tylko z dwóch osób, a sama obrona odbywała się w pokoju, gdzie wcześniej pojawiałem się na konsultacjach, sprawił, że nie było to dla mnie typowo formalne wydarzenie. Egzamin odbył się z lekkim opóźnieniem i trochę się przeciągał. Wszedłem jako trzeci. Nieśmiało wkroczyłem do pokoju i zamknąłem za sobą drzwi. Profesor powiedziała, żebym usiadł i wylosował pytania, a pani promotor w międzyczasie przyniosła pytania odpowiednie dla mojej specjalności. Wyciągnęła paski z pytaniami ze specjalnej koperty i położyła na stole. Niektóre były odwrócone, więc widoczne na pierwszy rzut oka. To był dla mnie sygnał, że tak naprawdę będę mógł sobie je wybrać, a nie losować. Rozpocząłem jednak od pytań ogólnych. Wszystkie były odwrócone w ten sposób, że żadnego pytania nie było widać. Zacząłem powoli je dotykać palcami nie wiedząc, co zrobić. Promotorka była czymś zajęta, a pani profesor powiedziała, żebym się nie przejmował i zapewniła mnie, że jeżeli wylosowane pytanie nie będzie mi odpowiadać, będę mógł je wymienić. A ja zapytałem z uśmiechem: Tylko raz? Nie dostałem odpowiedzi i przez chwilę pomyślałem, że to było nietaktowne z mojej strony. Profesor na moment wstała od stołu i prawdopodobnie podeszła do swojego biurka. Korzystając z okazji, że obie panie są czymś zajęte, zacząłem szukać pytań, na które znałem odpowiedź. Udało się i nie zajęło mi to dużo czasu. Z wybranymi pytaniami zostałem skierowany do biurka, gdzie mogłem przygotować się do odpowiedzi rozpisując odpowiedzi na kartce. Dwa razy zostałem wyprowadzony ze skupienia. Raz, kiedy obie panie nie wiedziały, gdzie jest mój indeks, i drugi raz, kiedy promotorka zapytała mnie, dlaczego w mojej pracy przed czwartym rozdziałem jest pusta strona.
Kiedy dziewczyna przede mną skończyła odpowiadać obu paniom, ja jeszcze opracowywałem odpowiedzi. W pewnym momencie weszła jakaś kobieta, usiadła przy stole i zaczęła plotkować z profesorkami. Rozkręciły się na tyle, że jedna z nich poprosiła mnie o wyjście z pokoju! Zostawiłem więc to, z czym wszedłem i udałem się do wyjścia. Co najfajniejsze, przed pokojem miałem wszystkie notatki, więc mogłem co nieco sobie powtórzyć. Po chwili nie mogłem się doczekać, by wejść z powrotem. Minęło może 10 minut, po których zostałem zaproszony z powrotem do środka. Mogłem jeszcze przez chwilę się przygotować, więc łącznie miałem naprawdę bardzo dużo czasu. W końcu zostałem zaproszony do stołu. Zanim jednak zacząłem odpowiadać, weszła po mnie następna osoba do obrony. Koleżanka. Zaczęła od losowania pytań. Nie miała tyle szczęścia co ja. Nie umiała znaleźć swoich pytań i spędziła dużo czasu szperając w paskach z pytaniami, co nie spodobało się pani profesor. Dwukrotnie ją upominała. W tym momencie cieszyłem się, że nie jestem na jej miejscu.
W końcu zacząłem odpowiadać na wybrane przeze mnie pytania. Poszło mi całkiem gładko. Do wylosowanych pytań dostałem tylko jedno dodatkowe - o wady outsorcingu. Znałem wyłącznie zalety i wymyśliłem tylko jedną wadę, przez co byłem trochę zły na siebie. W dalszej części zostałem zapytany o cel i wnioski z pracy, a później także o to, ile osób wzięło udział w badaniu ankietowym. Tutaj nie było żadnych problemów. Podziękowano mi i wyszedłem.
Okazało się, że z całej piątki osób miałem chyba najwięcej szczęścia. Obie panie były dla mnie miłe i nie zadawały mi pytań z kosmosu. Nie wiem, od czego to zależało. Może to dlatego, że jestem facetem? Teraz sobie myślę, że mógł mi pomóc fakt udziału w pewnym projekcie organizowanym przez moją uczelnię. Podczas ogłoszenia wyników okazało się, że jako jedyny obroniłem się na piątkę. Mimo że po cichu na to liczyłem, byłem zdumiony! Po wszystkim zadzwoniłem do mamy. Bardzo się ucieszyła i pochwaliła się swoim koleżankom. Była ze mnie dumna. Nadal jest.
Postanowiłem to jakoś uczcić. Chciałem kupić gorącą czekoladę w automacie na dworcu. Wrzuciłem dwa złote. Po chwili dostałem nie gorącą czekoladę, a gorącą wodę! Cóż, w tamtym dniu uznałem, że szczęście się właśnie wyczerpało. Mimo to, byłem bardzo zadowolony. Wróciłem do domu i zrobiłem naleśniki.
Bardzo się cieszę, że to wszystko tak się skończyło. Pisanie pracy na ostatnią chwilę i widmo problemów z moją promotorką sprawiły, że miałem wiele chwil zwątpienia. Finalnie wszystko przebiegło bez większych trudności, a pani promotor była dla mnie miła i nie doświadczyłem z jej strony żadnych złośliwości, o których słyszałem z ust innych osób. Odetchnąłem z ulgą.
Skończyłem studia. Teraz czas na nowy rozdział w moim życiu. Nie mam żadnego planu i nie wiem, co będzie przede mną. Mimo to jestem spokojny.
Na egzamin pojechałem znacznie wcześniej, w niebieskim garniaku z Zary, z okularami przeciwsłonecznymi zasłaniającymi opuchnięte i czerwone oko. Bałem się, że pociąg może nie dojechać na czas lub w ogóle zostanie odwołany. Mimo wszystko nic takiego nie miało miejsca. Dotarłem na wydział, usiadłem sobie na drugiej klatce schodowej na czwartym piętrze. Próbowałem powtórzyć odpowiedzi na pytania, które najbardziej mi odpowiadały. Po jakimś czasie znudziłem się, jak to ja, więc poszedłem pod pokój, gdzie o godzinie jedenastej miała odbyć się obrona. Oprócz mnie, do obrony przystąpiły cztery dziewczyny, więc sądziłem, że to zajmie niewiele czasu. Trochę się denerwowałem, ale wiedziałem, że musi być dobrze. Po prostu chciałem mieć to z głowy, przy minimalnym stresie.
Promotorka zjawiła się w rewelacyjnym humorze. Nieco inaczej było z drugą panią profesor, z którą miałem seminarium i która również była w komisji egzaminacyjnej. Swoją drogą fakt, że komisja składała się tylko z dwóch osób, a sama obrona odbywała się w pokoju, gdzie wcześniej pojawiałem się na konsultacjach, sprawił, że nie było to dla mnie typowo formalne wydarzenie. Egzamin odbył się z lekkim opóźnieniem i trochę się przeciągał. Wszedłem jako trzeci. Nieśmiało wkroczyłem do pokoju i zamknąłem za sobą drzwi. Profesor powiedziała, żebym usiadł i wylosował pytania, a pani promotor w międzyczasie przyniosła pytania odpowiednie dla mojej specjalności. Wyciągnęła paski z pytaniami ze specjalnej koperty i położyła na stole. Niektóre były odwrócone, więc widoczne na pierwszy rzut oka. To był dla mnie sygnał, że tak naprawdę będę mógł sobie je wybrać, a nie losować. Rozpocząłem jednak od pytań ogólnych. Wszystkie były odwrócone w ten sposób, że żadnego pytania nie było widać. Zacząłem powoli je dotykać palcami nie wiedząc, co zrobić. Promotorka była czymś zajęta, a pani profesor powiedziała, żebym się nie przejmował i zapewniła mnie, że jeżeli wylosowane pytanie nie będzie mi odpowiadać, będę mógł je wymienić. A ja zapytałem z uśmiechem: Tylko raz? Nie dostałem odpowiedzi i przez chwilę pomyślałem, że to było nietaktowne z mojej strony. Profesor na moment wstała od stołu i prawdopodobnie podeszła do swojego biurka. Korzystając z okazji, że obie panie są czymś zajęte, zacząłem szukać pytań, na które znałem odpowiedź. Udało się i nie zajęło mi to dużo czasu. Z wybranymi pytaniami zostałem skierowany do biurka, gdzie mogłem przygotować się do odpowiedzi rozpisując odpowiedzi na kartce. Dwa razy zostałem wyprowadzony ze skupienia. Raz, kiedy obie panie nie wiedziały, gdzie jest mój indeks, i drugi raz, kiedy promotorka zapytała mnie, dlaczego w mojej pracy przed czwartym rozdziałem jest pusta strona.
Kiedy dziewczyna przede mną skończyła odpowiadać obu paniom, ja jeszcze opracowywałem odpowiedzi. W pewnym momencie weszła jakaś kobieta, usiadła przy stole i zaczęła plotkować z profesorkami. Rozkręciły się na tyle, że jedna z nich poprosiła mnie o wyjście z pokoju! Zostawiłem więc to, z czym wszedłem i udałem się do wyjścia. Co najfajniejsze, przed pokojem miałem wszystkie notatki, więc mogłem co nieco sobie powtórzyć. Po chwili nie mogłem się doczekać, by wejść z powrotem. Minęło może 10 minut, po których zostałem zaproszony z powrotem do środka. Mogłem jeszcze przez chwilę się przygotować, więc łącznie miałem naprawdę bardzo dużo czasu. W końcu zostałem zaproszony do stołu. Zanim jednak zacząłem odpowiadać, weszła po mnie następna osoba do obrony. Koleżanka. Zaczęła od losowania pytań. Nie miała tyle szczęścia co ja. Nie umiała znaleźć swoich pytań i spędziła dużo czasu szperając w paskach z pytaniami, co nie spodobało się pani profesor. Dwukrotnie ją upominała. W tym momencie cieszyłem się, że nie jestem na jej miejscu.
W końcu zacząłem odpowiadać na wybrane przeze mnie pytania. Poszło mi całkiem gładko. Do wylosowanych pytań dostałem tylko jedno dodatkowe - o wady outsorcingu. Znałem wyłącznie zalety i wymyśliłem tylko jedną wadę, przez co byłem trochę zły na siebie. W dalszej części zostałem zapytany o cel i wnioski z pracy, a później także o to, ile osób wzięło udział w badaniu ankietowym. Tutaj nie było żadnych problemów. Podziękowano mi i wyszedłem.
Okazało się, że z całej piątki osób miałem chyba najwięcej szczęścia. Obie panie były dla mnie miłe i nie zadawały mi pytań z kosmosu. Nie wiem, od czego to zależało. Może to dlatego, że jestem facetem? Teraz sobie myślę, że mógł mi pomóc fakt udziału w pewnym projekcie organizowanym przez moją uczelnię. Podczas ogłoszenia wyników okazało się, że jako jedyny obroniłem się na piątkę. Mimo że po cichu na to liczyłem, byłem zdumiony! Po wszystkim zadzwoniłem do mamy. Bardzo się ucieszyła i pochwaliła się swoim koleżankom. Była ze mnie dumna. Nadal jest.
Postanowiłem to jakoś uczcić. Chciałem kupić gorącą czekoladę w automacie na dworcu. Wrzuciłem dwa złote. Po chwili dostałem nie gorącą czekoladę, a gorącą wodę! Cóż, w tamtym dniu uznałem, że szczęście się właśnie wyczerpało. Mimo to, byłem bardzo zadowolony. Wróciłem do domu i zrobiłem naleśniki.
Bardzo się cieszę, że to wszystko tak się skończyło. Pisanie pracy na ostatnią chwilę i widmo problemów z moją promotorką sprawiły, że miałem wiele chwil zwątpienia. Finalnie wszystko przebiegło bez większych trudności, a pani promotor była dla mnie miła i nie doświadczyłem z jej strony żadnych złośliwości, o których słyszałem z ust innych osób. Odetchnąłem z ulgą.
Skończyłem studia. Teraz czas na nowy rozdział w moim życiu. Nie mam żadnego planu i nie wiem, co będzie przede mną. Mimo to jestem spokojny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz